Wydawnictwo Literackie planuje wydać nową książkę Agaty Tuszyńskiej, jednej z najlepszych polskich biografistek.
Oskarżona: Wiera Gran
Agata Tuszyńska
Premiera 5 października 2010!
Biografia żydowskiej śpiewaczki z warszawskiego getta, Wiery Gran, to druga strona - nieopowiedziana - historii Władysława Szpilmana, słynnego Pianisty z filmu Romana Polańskiego. To opowieść o cenie przeżycia i cieniu, jaki rzuca na dalszy los. Szpilman grał na fortepianie w tej samej kawiarni na Lesznie 2, w centrum żydowskiego Broadway’u, gdzie Wiera Gran śpiewała swoje piosenki. Ona była gwiazdą, on akompaniatorem. O nim po latach powstał film oklaskiwany przez cały świat z podziwem za niezwykłą siłę trwania i męstwo w znoszeniu cierpienia, ją oskarżono o współpracę z nazistami, okrzyknięto kolaborantką i unicestwiono za życia.
Wiera Gran mieszkała w dziennicy zamkniętej od wiosny 1941 do lata 1942. Całe jej dalsze życie było konsekwencją tych kilku miesięcy.
Miała wszystko, czego potrzeba wschodzącej gwieździe – egzotyczną urodę, piękny niski kontralt, i muzykę we krwi. Była tak nieśmiała, że pierwsze piosenki śpiewała zza sceny obawiając się zetknięcia z publicznością. Do lata 1939 nagrała kilkadziesiąt piosenek o wszelkich barwach miłości.
Uniewinniona w warszawskim procesie Centralnego Komitetu Żydów Polskich opuściła Polskę w 1950 roku.
Wielokrotnie i na kilku kontynentach wzywano do bojkotu „gestapowskiej kurwy”.
A jednak trwała. Występowała w paryskim hotelu Lutetia i w kabarecie Dinarzade, w sali Pleyel i Carnegie Hall, śpiewała gościnnie w Sztokholmie i Londynie, wyjechała na tournee po Ameryce Północnej. Koncertowała u boku Charlesa Aznavoura.
W Izraelu widzowie grożą przebraniem się w obozowe pasiaki, jeśli ośmieli się wystąpić na scenie, uciekła do Francji, stamtąd do Wenezueli, ale i tam dosięgła ją przeszłość – pomówienie, znieważenie, zniesławienie, szkalowanie.
Czuła się pogrzebana za życia. Zmarła w Paryżu 19 listopada 2007 roku.
Agata Tuszyńska – pisarka, poetka, reportażystka, córka znanego reportera sportowego Bohdana Tuszyńskiego i dziennikarki Haliny Przedborskiej. Ukończyła Wydział Wiedzy o Teatrze na warszawskiej PWST. Wykłada na Uniwersytecie Warszawskim. Jest autorką książek o teatrze i biografii m.in. Marii Wisnowskiej, Isaaka Bashevisa Singera oraz Ireny Krzywickiej. Ostatnie jej książki autobiograficzne: Rodzinna historia lęku oraz Ćwiczenia z utraty spotkały się z gorącym przyjęciem. W swoim dorobku ma m.in. nagrodą im. Ksawerego Pruszyńskiego, przyznawaną przez polski PEN-Club.
Zapraszamy do lektury wywiadu z Autorką.
J.S.WL zapowiada wydanie Pani nowej książki. Kim jest jej bohaterka. Czym Wera Gran Pania zafascynowała?
A.T. Okupacyjnym losem, który po koszmarze getta, a potem ukrywania się po aryjskiej stronie wystawił jej kosztowny rachunek.
Młoda pieśniarka zabłysła przed wojną, była u szczytu kariery jesienią 1939. Wybrała przenosiny do dzielnicy za murami, by połączyć się z matką i siostrami. Pracowała w kawiarni Sztuka. Przeżyła. Za jaką cenę? Komu wolno o tym sądzić? Jakie są granice kompromisu, jeśli stawką jest życie? Oskarżona po wojnie o współpracę z Niemcami, żyła z tym piętnem do końca.
Wysłuchałam jej historii. Uważam, że każdy z nas może się w niej przejrzeć. Jest wiele form kolaboracji z losem… Udało się nam żyć w czasach, które nie wymagają zbyt drastycznych wyborów.
J.S. Dlaczego po wojnie znienawidzono ją i ścigano? Czego jej los jest symbolem?
A.T. Zastanawiam się nad tym od lat, nie mam jednej odpowiedzi. Była piękna, widoczna, uprzywilejowana w getcie. Wywoływała uczucia podziwu i niechęci, szacunku i wrogości. Trudno było być wobec niej obojętnym. Ocalała. To zakładało winę. Przynajmniej niejasność, uwikłanie, pytania… Tak wśród tych, którzy sami poznali cenę przeżycia, jak innych, obserwujących jej los z bezpiecznej odległości miejsca lub czasu.
J.S. Czy ,,zdążyła Pani na jej śmierć”? Czy to prawda, że na ścianie swojego paryskiego mieszkania napisała, ze ściga ja szajka Szpilmana i Polańskiego? Nie boi się Pani, że ktoś poczuje się ,,Oskarżoną” znieważony czy dotknięty?
A.T. Wiele pytań. Tak, byłam przy niej przez ostatnie lata, z przerwami, powrotami aż do śmierci. Opowiadam w książce nasz związek, rozmowy, uczenie się siebie i moją próbę pojęcia tego, co ją spotkało. Bardzo była samotna w swoim lęku i nieufności wobec świata, szczególnie na końcu. Nie przestawała walczyć o siebie, o własne dobre imię, o oczyszczenie, którego je odmawiano.
Przestała śpiewać. Odebrano jej to, co najważniejsze. Zaszczuto. Bała się.
Czy ja się boję? Chciałam opowiedzieć jej los, by spróbować siebie samą z nim skonfrontować. Przymierzyć jej wybory. Zadać kilka niewygodnych pytań.
Na pewno znajdą się oburzeni. Nikogo nie oskarżam. Dlatego mogę bez strachu patrzeć w lustro. Wierzę, że tak zostanie.
J.S. Czy jest Pani przekonana o niewinności Wery Gran?
A.T. Zarówno wina, jak niewinność nie są dla mnie pojęciami jednoznacznymi, szczególnie podczas wojny. Nie, nie była konfidentką gestapo, o co ją oskarżano. A co zrobiła, by przeżyć? Chciałabym, by czytelnik zapytał o to najpierw siebie.
J.S. Z kim Pani o niej rozmawiała, kto ją jeszcze pamięta, kto broni, a kto potępia?
A.T. Odnalazłam świadków jej życia, którzy jeszcze pozostali… Niewielu. Z nią samą rozmawiałam wielokrotnie na przestrzeni dziesięciu lat. Trudne, niesamowite doświadczenie. Starałam się dotrzeć do wszystkich dostępnych dokumentów, także jej samej nieznanych, i zrelacjonować tor moich poszukiwań w książce. Nie rozwiązuję zagadki, gdyż nie jest to możliwe. Przyglądam się jej węzłom i pułapkom, zastanawiam, kwestionuję. Pytam. Częściej pytam niż odpowiadam.
J.S. Czy Pani utożsamia się z Werą Gran? Czy autor biografii powinien się utożsamiać ze swoimi bohaterami?
A.T. Wiem z doświadczenia, że wybory biografa nie są przypadkowe. Fakt, że zainteresowała mnie ta postać w tym, konkretnym momencie mojego życia nie wziął się znikąd. Biograf stawia przed sobą lustra losów swoich bohaterów. Przegląda się w nich i w sobie. Stara się na jakiś czas wejść w skórę swojego „klienta”, by poczuć ciężar jego wyborów. To dodaje wiarygodności jego słowom, pozwala zbliżyć się do doświadczeń, których dotyka piórem. Pozwala również czytelnikowi być bliżej.
J.S. Dlaczego i dla kogo napisała tę książkę?
A.T. Dla siebie, dla Wiery, dla wszystkich, których obchodzi życie. Dla tych, którzy ocaleli, dla tych, którzy przyszli później i nie musieli sprawdzać ceny ocalenia. Dla ich dzieci i wnuków. Dla każdego, kto każdego dnia dokonuje codziennych wyborów. I zastanawia się lub nie zastanawia, co znaczą, kogo bolą i co z nich wynika. Dla tych, których los doświadczył i dla tych, których to wkrótce spotka.
Z Autorką rozmawiał Jan Strzałka
Fragmenty tekstu: AGATA TUSZYŃSKA
OSKARŻONA: WIERA GRAN
1. Na mole najlepsze są cytryny
Na mole najlepsze są cytryny. Połówki cytryn. Tuziny. Trzeba je kroić ostrym nożem w ćwiartki i wykładać w szafach, na półkach, w szufladach. Cytryny kwaśne, soczyste, żółte jak piasek z okolic Świdra. Nieznośne w smaku. Gwarantowany zabójca.
Gazety też trują mole, stare gazety. Wolniej niż kwas, ale równie skutecznie. Wyschnięte litery mają odstraszającą moc. Pot lekko zwietrzałego druku obezwładnia. Mole słupieją, sztywnieją, osuwają się w sen.
Mają jakieś kilkanaście milimetrów długości, nie potrzebują jeść, wystarcza im to, co wyssały z mlekiem matki (mleko, nie miałam mleka, syna karmiła mamka, chłopka, nie starczyło, nienawiść i mleko matki, pije się lęk). Larwy nas niszczą, produkowane przez dorosłe osobniki, stale, stale, nawet do kilku tysięcy jaj. W ciągu jednego sezonu mogą się rozwinąć aż trzy pokolenia. Robactwo, pełno tego. Karaluchy, prusaki i kleszcze. Oni. ONI. Rozmnażąją się moi wrogowie, rozrastają obelgami, oskarżeniami, siecią pajęczą. Podjadają ubrania. Kradną. W getcie były wszy, tłumy zawszonych dzieci, którym próbowałam dać schronienie. Zbierałam pieniądze na chleb dla dzieci. Nikt nie wierzy. Na mole najlepsze są cytryny. Kroi je pani na równe części i rozkłada po półkach i szufladach. Na mole najlepsze są cytryny.
Podnosi słuchawkę, ale nie odzywa się pierwsza. Oddycha. W miarę upływu lat coraz trudniej i głośniej. Czeka na obelgi, wymyślania. Czeka, kiedy ją wytropią, dosięgną, wykończą. Nie daje się. Zużywa na to całą swoją energię.
— Proszę się ze mną spotkać, pani Wiero.
— Nie mogę wyjść z domu.
— Ja do Pani przyjadę.
— To niemożliwe.
— Proszę.
— Wykluczone.
— Dlaczego?
— Przyjdą i wszystko wyniosą.
— Kto?
— Oszalała Pani, i to muszę tłumaczyć. Z kim ja mam do czynienia?! Ca va pas la tete. Pani zwariowała. Ciii... proszę nic nie mówić. Jesteśmy słuchane i nagrywane. Pani dobrze wie, o kim mówię. Zaraz rąbnę w łeb, jak mnie pani nie przestanie prowokować. Szpieguje, chce mnie zniszczyć. Śledzi cały czas. Stróżka jest z nim w zmowie. Wchodzą stale, kiedy jestem w łazience i kiedy zasypiam. Wynoszą, co się da, to co najcenniejsze, to co ma dla mnie wartość. Kradną, grabią, łupią. Bez skrupułów. Nie ma mowy, żebym opuściła moje mieszkanie. Stale jestem obserwowana.
Najgroźniejszy jest ON, ten, którego imienia nie wymawia. Czasem mówi o nim — Pałka. Po tygodniach próśb, wiosną 2003 roku, dostąpiłam spotkania pod drzwiami jej mieszkania.
Elegancka, burżuazyjna dzielnica Paryża, XVI-tka, okolice Wieży Eiffla. (Do Sekwany niedaleko!) Pierwsze piętro. Pukam. (Napis na drzwiach po francusku: pukać głośno!) Uchyla drzwi niewielka, stara kobieta w różowym szlafroku. Niepewna mnie i siebie. Niesfornie potargany siwy kok, błysk w oczach, oparta prawą ręką o kulę.
Szpara. Zasłania sobą ciemne wnętrze. Jedno krzesło już wystawione na wycieraczce. Patrzy na mnie nieufnie. Miękkie, ruchliwe ręce. „Szarmuję, uwielbiam szarmować”. Nie jest żałosna w tym geście. Próbuje przecisnąć drugie krzesło tak, by najmniej rozgarnąć drzwi. Wnętrze bunkra ciemne, groźne. Kryjówka. Z prawej strony widoczny napis na ścianie, też po francusku: „Do złodzieja/złodziejki — oddaj wszystko, co wziąłeś, przede wszystkim niebieskie ponczo”... Nie daję rady przeczytać więcej za pierwszym razem. Rozsypują się włosy, poły szlafroka i ręce. Siada. Siadamy.
Podaje mi magnetofon, choć mam swój. Nie przestaje przestrzegać:
— Nagrywaj, bo zapomnisz, co ci mówią — a co nie mniej ważne — co sama mówisz! NAGRYWAJ!
Zwierzenia mają matową barwę popiołu. Co chwilę gaśnie światło na klatce schodowej. Wówczas moje współczucie rośnie. Do następnego podłączenia do prądu. Chwila światła — słowa silniejsze, ostrzejsze, groźniejsze, budujące, aż do momentu rzewnego kresu. Kilka takich spotkań na granicy ciemności.
— Pani mi chce przez kiszkę stolcową wejść do duszy. Tak po prostu. I pani uważa, że to normalne i że ja powinnam się na to zgodzić. Chętnie zgodzić. Bo pani ma ochotę. Bo pani zamierza. Sumienia nie macie, serca, wy, pisarczyki/pisiarze. Zrozumienia ani za grosz. Przez kiszkę stolcową. Do duszy. Podli.
— Wy, Polki, macie w sobie wrodzoną bezczelność. Paskudną arogancję. Przychodzi taka i prosi o wywiad. Więcej jest takich.
Nie zapraszam. Nie wpuszczam. Pani jest jedyna, a potem zawsze bardzo żałuję. Żałuję, że pani widzi to, co pani widzi. Nie mam zaufania. Wy macie specjalną deformację profesjonalną. Okrucieństwo i żadnego współczucia.
— Tak pani uważa?
— Tak. Bezczelne. Bez wyczucia, bez cienia zrozumienia tego kogoś, kogo się doi. Doicie, bierzecie moje mleko, a ja nie mogę nawet kopnąć tego kubła. Kopnąć, żeby wylać wszystko. Odebrać te skarby. Chciałabym, ale jest już za późno. Już powiedziałam. Czym dałam się skusić, nie wiem. Samotnością może?
— Czy ja coś pani zrobiłam, pani Wiero?
— Inni zrobili, to wystarczy. Trzeba się uczyć lekcji, profesor nie musi być ten sam.
Rozmawiamy przez tydzień na wycieraczce. Białe stołki. Niewygoda. Drobna kamienna kostka na podłodze, malowane olejno, mdłe lamperie.
Przejściowe miejsce. Jesteśmy na progu zaufania. W przedsionku znajomości.
A potem któregoś dnia zapukałam, jak dotąd, a ona uchyliła drzwi. Nieśmiało, przepraszająco, ale stanowczo zagarnęła mnie do środka. Bokiem, przez wąski korytarz weszłam do pokoju, którego rysy trudno było określić. Zniecierpliwiona wskazała jakieś krzesło. Niewiele pamiętam poza ciemnością i nieruchomym, ciężkim powietrzem.
— Kurz. Nie dusi się pani?
— Zawarłam z kurzem układ. Ja go nie ruszam, on mi nie szkodzi. Ma litość. On ma. Moi wrogowie są niewyczerpani. Słuchałam ostatnio audycji radiowej o Stasi. To o moim życiu. Odkąd zostałam trupem, wszyscy mnie kochają, jak Arafata.
Porusza się ostrożnie, nawigując pomiędzy sprzętami, stosami pudeł i gazet. Jakieś pół metra od łóżka do stołu, od krzesła do lodówki, nieco dalej wydeptaną ścieżką wśród kolumn papierów (wycinki, recenzje, maszynopisy...), ku korytarzowi zatkanemu walizkami, ubraniami, zasuszonymi roślinami, stertami zbędnych lub niezbędnych rekwizytów. Pomieszczenie wielkości średniego bunkra w getcie (kiedy to się skończy, przeliczanie na kryjówki, cenę przeżycia, okup szmalcowników), gdyby go opróżnić, ukryłoby się tu kilka osób. Książki zstępują z półek, napierają, mrowią się w ciężkiej zawiesinie stojącego powietrza.
Trudno mi wysiedzieć tu kilka godzin. Ona nie opuszcza tej kryjówki od miesięcy. Od lat, jeśli wierzyć jej schorowanemu poczuciu czasu i rzeczywistości.
Nad stołem lampa, klosz jak kwiat z przeźroczystych płatków izraelskiego drzewa. Łamliwe, jakby pergaminowe skrawki, mają fakturę muszli. Monety papieskie — monnaie de la pape, tak chyba się nazywały, tak chciała je pamiętać, kiedy taszczyła je z pustyni, przez lotnisko Ben Guriona na paryskie Orly. Zakochała się w nich, łatwo się zakochiwała we wszystkim, co nie pachniało człowiekiem. Gałązki mozolnie układała w koronę. Lampa znaczyła światło. Widocznie niegdyś nie węszyła w nim niebezpieczeństwa.
Dziś zawsze ciemno, zasunięte okiennice.
Jak to możliwe, że osoba, która spędziła pół życia na scenie, nie włącza w mieszkaniu światła? Dobrowolnie żyje w mroku.
— To przez nich, to oni. Przez to, że założyli mi tę instalacje — musiałam zlikwidować wszystkie światła. Nastała ciemność, do której musiałam się przywyczaić. Ich światło ma inną moc. Specjalne — do podsłuchu i filmowania. Nie można siedzieć stale pod światłem filmowych aparatów. Czy pani to rozumie?
Pamiętam obraz dyndającej lampy, w przeciągu otwartych nagle okien, po jej śmierci. Papieska moneta? Nikogo nie opłacisz. Zajrzałam do wnętrza w poszukiwaniu kamer. Nie było.
— Nie chodzi o panią! Pani jest narzędziem. Uchem i piórem, przedłużeniem mojej ręki i oczu, księgową mojej przeszłości. Nie podoba się pani ta rola, widzę po tym grymasie twarzy. Ale nie mamy czasu. Nie mamy wyboru. Albo pani mnie ma, na moich warunkach, albo ma pani milczenie.
W 1978 roku zapisała na kartce z kołonotatnika w kratkę:
1 — zawsze zabierać aparacik (może w torbie — nagra)
2 — nie zapominać, że oni nagrywają.
3 — CEDZIĆ słowa
4 — FILTROWAĆ myśli
— Pod poduszką mam nóż, młotek i śrubokręt. Nigdy się tanio nie sprzedawałam. Nigdy. Odciskają kształty na moim karku i plecach. Mam się czuć winna? Wina, wina, zawsze żydowska wina. Ja nie zawiniłam! O czym to my gawarili?
— Że pani nie znosi dziennikarzy.
— To za duże słowo, za bardzo pochlebiające.
— Chcę napisać o pani książkę.
— Nie boję się. Tyle już o mnie wymyślono. Niech pani weźmie pod uwagę, że ja jestem Pan K, ten z Kafki.
— Pani Ka...
— Pani, pani...!!! Tu chodzi o moją skórę! Pani znowu nie rozumie, nic nie rozumie, zakuty łeb!
I po chwili:
— Wiera psieprasia. Bardzo... pro sie... proszę wybaczyć. Jak mnie cholera bierze, to jestem okropną staruszką!
— Czy pani życie było spełnione?
— Nie rozumiem, co to znaczy spełnione życie.
Na marzenia nie było czasu. Niosła mnie fala, prowadziła, zaczęło się od powodzenia, którego się nie spodziewałam. A potem dalej, wyżej. Załamywałam się wiele razy, ale wstawałam z tego grobu. Nie wiem, dlaczego. Po co to długie życie? Nie zaznałam ulgi wyzwolenia. Nie dano mi zapomnieć. Nie mam prawa. Wszyscy zapomnieli, ja nie mogę. Mnie wypominają, żywcem grzebią, bo wiem coś, czego się boją. Ja wiem. Trzymają się za bródki, jak mówią Francuzi. Sztafeta oszczerców trwa już sześćdziesiąt lat. Teraz to wszystko jest zdeformowane. Nieświeży towar. Zdaje się jestem już na stałe zaangażowana u Alzheimera.
— Znajoma psycholog w Ameryce zapytała mnie kiedyś: Co ty czujesz, jak wracasz ze sceny do garderoby i nikt na ciebie nie czeka. Pierwszy raz ktoś wyczuł, zrozumiał, że tu może być wykopany grób. Dziura, w którą wpadam, kiedy zamykam drzwi. Większość ludzi ma kogoś, z kim dzieli los, ma lustro w drugiej parze oczu. Taką rolę spełniała dawniej moja mama. Ale jej nie ma. Już od lat jej nie ma. Zostaję sama. Zdejmuję sukienkę, zmywam makijaż. Zrzucam boa. Drętwieje na fotelu. Po fajerwerkach braw i bisów — cisza — jest dojmująca. Już nie odbijam się w lustrach zachwyconych oczu... Przestaję istnieć. Brutalna różnica. Góra i dół. Spadam z wysokości euforii. Boli. Boję się zejść ze sceny, bo wiem, co mnie czeka.
— Spełnione życie? Nie wiem, co to znaczy. Miałam masę radości. Umiałam je ocenić. Jestem pokorna w stosunku do losu. Dziękuję. Nie wiem, komu, bo w nic nie wierzę, ale dziękuję. Podobno byłam ładna, ale nie zdawałam sobie z tego sprawy. Dopiero teraz, kiedy czytam dawne recenzje, zwracam na to uwagę. Powtarza się: „piękna, piękna”. Czy jestem inteligentna, czy nie? Trochę się orientowałam, że chyba nie jestem głupia.
— Co było w pani życiu najważniejsze?
— Mama. Zawsze. Wszystko robiłam, żeby jej nie zranić. Wiem, że stale się bała, że ktoś mnie skrzywdzi. Że wykorzysta jej dziecko. Była mądra i nie mówiła mi tego, ale wiem, że umierała ze strachu. Nie pamiętam już, przy jakiej okazji przysięgłam jej, że nigdy nie zmienię wiary. Ona była wierząca. Nawet to tolerowałam. Ze wzruszeniem patrzyłam, jak zapalała w piątek świece, otulała rękami, i modliła się po cichutku. Obraz jej postaci z pochylonymi ramionami i dłońmi złożonymi nad ogniem zostanie we mnie na zawsze. Dawniej się buntowałam, krzyczałam na nią, złościłam się. Żydzi, język, religia! Dopiero teraz budzi to we mnie tkliwość. Dotrzymałam obietnicy, choć nie ma we mnie żadnej wiary. Teraz to analizuję. Smutno analizuję. Oni wszystko widzą. I wszystko filmują.
— Czy pani chce czekoladkę?
— Chcę. Zniknęły okulary. Bez okularów nie da się czytać. Ja dostałam kompletnego rozstroju — szepcze. — Ja mu zagrożę, że spalił mi oczy.
Szeptem cały czas.
— Co tam pani znalazła?
Wyciąga rękę. Całuje to coś.
— Pensetka. To świetne do skubania brewek. Mam też cały zbiór kamieni z Izraela. Mogłabym je podarować jakiemuś cmentarzowi żydowskiemu, na nagrobki.
— A co było w pani śpiewie najważniejsze?
— Chciałam wywołać wzruszenie. Śpiewałam dla innych, nie dla siebie. Dawałam, ale i odbierałam od słuchaczy wielką porcję emocji, zaangażowania.
— Podobała się pani sobie?
— Nie wiem. Podobałam się i nie podobałam jednocześnie.
— Ale skoro ktoś się decyduje stanąć na scenie, powinien się sobie choć trochę podobać.
— Musiałam być pyszna. To idzie z bezmyślną młodością. Chciałam dawać, obdarowywać, miałam wszystkiego w nadmiarze. Chciałam też, nie będę ukrywać, być podziwiana. Śpiewałam od dziecka. Podobało mi się zainteresowanie, jakie wywoływałam. Spieszyłam się na scenę. Do pracy. Czekali na mnie. Publiczność. Kim byli? A co i Pani ma mi za złe? Bogacze getta, szmuglerzy, żydowscy policjanci, ci którym los dał kolejną szansę, którą sobie wywalczyli, zdobyli, odmówili ról ofiary i mydła. Nie chciałam być mydłem. Musiałam śpiewać. Żeby znać swoją wartość, żeby znali moją, żeby gra w życie szła. Nam niczego nie brakowało, to prawda, czy już zawsze będę się musiała z tego tłumaczyć? Pracowałam na żarcie. Nie brałam za darmo. Dobrze pracowałam.
Siedzi na łóżku. Pochylona. Jakby na straży swojego lęku. Ręce złożone na kolanach. Twarz z rzadka oświetla migający ekran telewizora.
Jest u siebie. W schronie. W getcie pół wieku później. Wie na pewno, że musi się ukrywać. Niebezpieczeństwo czyha na każdym kroku. Wszyscy są podejrzani.
— „To ty żyjesz?!” — przerażenie usłyszałam w tym głosie. Przyjechałam z Babic, spod Warszawy, gdzie ukrywałam się po wyjściu z getta. To ty żyjesz... Tak mnie witał kilka dni po wyzwoleniu, w styczniu 1945, mój akompaniator z getta, kolega z kawiarni Sztuka, Szpilman. Odmówił mi stanowczo pracy w radio. „Mówią, że byłaś na usługach gestapo!”
— Strasznie tu ciemno u pani. Trudno fotografować.
— Minę zrobić?
— Śliczna.
— O Boże, co za ohyda. OHYZDA!
Przygląda się aparatowi.
— To stare ścierwo, to ja? Jaki uśmiech! Okropne. Och, jaka ja brzydka jestem. Ja nie chcię — pieści się. — Taką sobie robię kupkę na głowie.
— A pani nie ma tu lustra?
— Ja nie patrzę — (szybka, spieszczona odpowiedź.) — Po co mi lustro do tej staruchy? Nie chcę jej spotykać. Przechodziłam kiedyś Avenue de Versaille, tam jest taki duży nowy sklep i olbrzymi budynek oszklony. Zainstalowali wielką kamerę. Przechodziłam przez jezdnię, i kiedy się zbliżałam zobaczyłam... odbicie... starej kobiety. Obok stała para młodych ludzi, przeprosiłam i zapytałam: Czy ta starucha to ja (est-ce que cette vieille c’est moi?)? Nic nie powiedzieli, może się bali, że to prowokacja? Postałam chwilę, popatrzyłam.
— I co, poznała ją pani?
Kiwa głową.
— Po czym ją pani poznała?
— Po mordzie.
— To ohyzda, niech pani już nie robi zdjęć. Może łampoczkę zapalimy? Ona dobra, po rosyjsku rozmawia. Ona dużo wie, Łampoczka, idi sjuda — szepcze do latarki, którą upuściła.
— Od dołu fotografujesz? Cipkę pokazać. Dobrze, że pani nie widzi, co robi. Gnój cały dokoła. Nic nie widzę. Ja nie jestem do lubienia.
— Myślałam, że gwiazda jest do uwielbiania.
— Nie, ja jestem samotna. Natchnieniu mojej młodości — tak mi zadedykował swoją książkę Tadeusz Konwicki. Mężczyźni jeszcze mnie pamiętają. Starcy mi jeszcze czasem mówią: Boże, jak ja się w pani kochałem. Nie zapisuję nazwisk.
— Ja bym na pani miejscu zapisywała. Gdyby pani zapaliła światło, pani Wiero.
— Nie ma światła, ja jestem światłem!!
— Całymi dniami nie otwieram ust. Zapomniałam, że mam głos. Nie mogę siebie wywlec z domu. Ciekawe Żydówki pytają, jak pani sobie radzi? Jak sobie radzę? Rozdzielam się na dwie. Chora zostaje w łóżku, a zdrowa musi wstać i opiekować się tą chorą. Trudno jej za nią nadążyć. Próbowałam się posługiwać służącymi, ale strasznie mnie okradały. To cud, że żyję. Ale tak los chciał. Długo żyję, za długo.
— Pani Wiero, o czym pani najczęściej myśli?
Cisza.
— O tym, że ludzie są źli, że ich nienawidzę, że jestem sama. O mamie. Najbardziej o mamie. Niewiele właściwie mam o niej do myślenia. Młodo ją utraciłam.
Robię zdjęcia.
— Zupełnie inaczej pani wygląda niż poprzednim razem.
— Świńtucha. Ja chudnę, nic już na mnie nie ma. Ja się odżywiam bardzo bogato, ale nerwami. A poza tym ja się nie ruszam.
— Pisze pani w tych ciemnościach?
— Już nie. Nauczyłam się pamiętać. Wszystko mam w głowie, bo oni tu bezustannie fotografują, do szpilki włącznie. Bez litości. Wszystko natychmiast byłoby zniszczone. Jestem w sieci. Nie jestem w stanie się z niej wydostać.
— Gdzie jest Pani czarna suknia do występów?
Szepce coś w odpowiedzi.
— Przecież ona — pokazuję głową na drzwi — nie rozumie po polsku.
— Merde — krzyczy — oni wszystko rejestrują, wszystko, nagrywają, a potem mają Polaküw, ktürzy im tłumaczą. To samo z listami. W ten sposób Pałka się o wszystkim dowiaduje. Z kim ja mam do czynienia!? Żadnej wyobraźni!? Często im wymyślam, używam ordynarnych słów. Potrafię. Okulary mi się rozlatują, zaraz wyleci szkło.
— Przytrzymam. Można by panią zabrać do okulisty.
— A kto będzie przy drzwiach? Jedna z moich kum chce mnie zabrać, ale nie mogę stąd wyjść. Nie mam nikogo, kto by pilnował mieszkania.
— Sama się pani czesze?
— Zawsze czesałam się sama. Miałam cudne włosy, gęste, kolosalne, do pasa. Tylko Ormianki mają taki gąszcz na głowie. Kiedyś poszłam do fryzjera, bo nie było w domu wody. Nie chciał mi tylko umyć głowy. Chciał robić fryzurę, ale ja nie potrzebowałam. Tak, zawsze taki ciasny kok. Strasznie mi było teraz ciężko pogodzić się z tym, że mi włosy wypadają. Zbierałam je wyczesując przy myciu, żeby z własnych włosów zrobić sobie perukę albo grek. Ale ona wszystko wyrzuciła. Nie poddałam się. Teraz zbieram te siwe kosmyki do szufladki w łazience. Podobają mi się, ich kolor i miękkość. Wczoraj umyłam na pani cześć. Ładne? Już wszy mi się chyba zaczęły gnieździć. Ale nie widać.
— Chciałabym, żeby pani coś jeszcze zaśpiewała.
— Wie pani, że już nigdy nie śpiewam?
— Nawet pani nie nuci?
— Jestem przebolała, i to jedyne, co jest we mnie. Przegorzkniała, goryczą przeżarta. Jak rdzą.
— Ma pani teraz dużo czasu, o czym pani myśli?
— Bez przerwy myślę. Niestety brzydkie myśli mam.
— Czy pani myśli o wojnie?
— Nie. Myślę o tej tragedii. Wczoraj znowu beczałam. Te moje przeżycia tutaj zabijają mnie kompletnie, naprawdę miażdżą mi mózg. Nie mam innego określenia. Dostaję obłędu. Czy pani sobie wyobraża siedzieć w więzieniu w kompletnym odosobnieniu cztery i pół roku!? Za niepopełnioną zbrodnię! Bez możliwości spaceru, wyjścia na powietrze. Bez nieba, bez światła. To nieludzkie nawet przy najcięższej zbrodni.
Cztery lata to jest cztery razy dwanaście miesięcy, cztery grudnie i kwietnie, czterdzieści osiem razy bezużytecznego cyklu dawnego krwawienia, a więc gorzej jeszcze, echa, cztery marce i kwitnące drzewa, rocznice śmierci jej synka i bitew, jakie musiała toczyć, stale, stale, grubo ponad tysiąc poranków nieprzywitanych i zmierzchów, bez światła i świata, skazana, sama.
— A co by się stało, gdyby pani wyszła?
— Mówię pani, że stróżka mnie okrada. Kiedy się oddalałam, choćby na chwilę, przychodziła po bezpłatne zapasy. Telefon też mi odcina. Pamiętam, leżałam półprzytomna w tej norze na podłodze dwa dni i dwie noce sama jedna, bo mi odcięła linię. Nie ma końca ta moja tragedia. To jest historia Dreyfusa. Stróżka to coś gorszego niż policjant. Wszystkich, którzy do mnie na górę idą, zmienia we wrogów. Nie mogę się z tym pogodzić. Wyjścia nie mam. Nikt nie rozumie. Moja cnota. Niecnota. Nawet więzień wychodzi zza krat, na chwilę choćby oddycha powietrzem, wietrzy płuca, wentyluje myśli, odciąża sumienie. Jedna, krótka, życiodajna chwila! Ja się nie skarżę. Ja pani uświadamiam coś, co się nie mieści w głowie.
Nie boję się samotności. Jedyne, co mnie przeraża, to drugi człowiek. Mam zwierzęce odruchy. I sposób myślenia. Zwierzęta boją się ludzi, płoszą się, bronią przed nimi, a jednocześnie ich kochają. Walczą, by się oswoić z tym kimś innym, który jest człowiekiem. Tak jest ze mną. Oglądam z pasją filmy o zwierzętach. Myślę, że nie można żyć bez poznania świata zwierzęcego. Tam jest istota prawdy o świecie. Zwierzęta nie znają zawiści. Zabiją z głodu, ale nie dla przyjemności. Niezwykłe są te filmy. Daleko od Polski, Niemców, Żydów.
Skoczę do Sekwany. Myślę o tym z ulgą. Albo — podpalę się, spłonę ze wszystkimi moimi papierami.
Moja droga, kończmy już, to za drogo kosztuje. A poza tym już przejrzała wszystko, co miała przejrzeć!?
Lekarka nakazała mi ćwiczenia pamięci w postaci uczenia się codziennie — obojętnie czego. Czepiając się tej brzytwy zaczęłam przypominać sobie piosenki, jakie śpiewałam latami. Nie sposób. Ogarnęła mnie słabość nie tylko ciała i serca, ale najsilniejsza ze strony mózgu. Musiałam zrezygnować.
Trzydzieści dwie piosenki? Tyle nagrałam? W kilkunastu językach... Nareszcie wiadomo, dlaczego ja zdycham. Zdarłam wszystkie siły. A przez panią jeszcze odgrzebuję wspomnienia, które już wcale nie istniały. Po co? Dlaczego się poddaję? Otworzyła się dziura, przepaść pamięci. Spadam. Nie wiem, jak się z niej wydostać. Nie wiem. A teraz biorę pióro i maczam w swojej krwi. A pani niech słucha. A pani niech milczy i słucha. Sza.
Prowadzenie: Jacek Żakowski
czytanie fragmentów: Teresa Budzisz-Krzyżanowska
Serdecznie zapraszamy!
Podczas spotkania zostanie otwarta wystawa poświęcona Wierze Gran, będzie można zobaczyć fotosy prywatne i związane z jej występami, rzeczy osobiste piosenkarki oraz manekin z sukienką i czepkiem Artystki. Wystawa będzie otwarta dla zainteresowanych przez cały październik. Wystawę można oglądać na 3 piętrze Traffic Clubu.
Źródło: www.wydawnictwoliterackie.pl







































